Facebook złamał unijne przepisy?

Komisja Europejska wszczęła formalne postępowanie przeciwko Facebookowi i Instagramowi w związku z podejrzeniami, że serwisy złamały ustawę o usługach cyfrowych UE, m.in. nie oznaczając treści reklamowych, ograniczając treści polityczne i nie przeciwdziałając dezinformacji.

Zgodnie z unijnym aktem o usługach cyfrowych (DSA) bardzo duże platformy, czyli posiadające w UE 45 mln aktywnych użytkowników, do których zaliczają się Facebook i Instagram, muszą przestrzegać surowych zasad dotyczących m.in. oceny ryzyka i moderacji treści.

Tymczasem Komisja Europejska zarzuciła obu platformom, że nie dopilnowały tych regulacji, w tym nie przeciwdziałały publikowaniu i rozpowszechnianiu na swoich stronach wprowadzających w błąd reklam. Fałszywe lub zwodnicze reklamy to materiały zaprojektowane w taki sposób, żeby pomijać istotne informacje o produkcie (który po zakupie okazuje się np. zupełnie inny niż na stronie), bezzasadnie promujące produkt jako ekologiczny lub fałszywie go prezentujące - mowa tu np. o sytuacjach, kiedy sprzedawca sztucznie podnosi cenę produktu, żeby ją potem rzekomo obniżyć. Wszystkie te nieuczciwe praktyki, które mają na celu nakłonienie konsumenta do zakupów, zgodnie z nowymi przepisami są zabronione w UE. Dochodzenie skoncentruje się także na zarzutach o rozpowszechnianie w serwisach dezinformacji i umożliwianie prowadzenia skoordynowanych nieautentycznych kampanii, np. za pomocą zakładanych na platformach fałszywych kont.

Podejrzewane naruszenia dotyczą też nieprawidłowej polityki firmy Meta, do której należą Facebook i Instagram, w odniesieniu do treści politycznych. Komisja zarzuca serwisom, że w ogóle usuwały treści polityczne z systemów rekomendacji Facebooka i Instagrama oraz blokowały kanały polityczne. Tymczasem zgodnie z zasadami DSA platformy są jedynie zobowiązane do wyraźnego oznaczania reklam politycznych oraz zamieszczania informacji o tym, kto je wykupił i dlaczego trafiają one do określonych odbiorców, a nie do ich niszczenia.

"W przypadku reklam politycznych wymagane jest oznaczanie tego typu materiałów, a nie ograniczanie ich widoczności"

 - doprecyzował na spotkaniu z dziennikarzami rzecznik KE Johannes Bahrke. Przyznał, że KE przygląda się temu, jak publikowane są treści polityczne w sieci zwłaszcza teraz, przed czerwcowymi wyborami do Parlamentu Europejskiego.

Komisja zbada również, czy platformy umożliwiły użytkownikom zgłaszanie nieprawidłowości oraz dochodzenie swoich roszczeń np. skarg w sytuacji, kiedy ich materiały zostały zablokowane przez serwis. Instytucja oczekuje również od Mety wyjaśnienia dlaczego ta zrezygnowała z narzędzia CrowdTangle, umożliwiającego naukowcom, dziennikarzom i organizacjom obywatelskim monitorowanie wyborów w czasie rzeczywistym, ale nie zastąpiła go nowym.

"Jeśli nie możemy być pewni, że możemy ufać treściom, które widzimy w internecie, istnieje ryzyko, że w ogóle nie wierzymy. Zwodnicza reklama stanowi zagrożenie dla naszej debaty w internecie, a ostatecznie dla naszych praw zarówno jako konsumentów, jak i obywateli. Podejrzewamy, że moderowanie Meta jest niewystarczające, brakuje przejrzystości reklam i procedur moderowania treści" 

- skomentowała komisarz UE ds. cyfryzacji Margrethe Vestager.

Meta ma pięć dni roboczych na przedstawienie Komisji wyjaśnień i zapewnienie o podjęciu działań naprawczych, w tym bezzwłocznego udostępnienia narzędzia, które pozwoli na publiczne monitorowanie udostępnianych na platformach treści, zwłaszcza w okresie przed wyborami europejskimi i w ich trakcie. W sytuacji, gdy Meta nie wywiąże się z nakazu, KE zastrzegła sobie prawo do podjęcia działań, w tym nałożenia na serwisy kar finansowych. Te mogą wynieść nawet 6 proc. rocznych obrotów firmy.

Źródło

Skomentuj artykuł: