Razem do bankructwa. Nie pierwszy raz

Kolejna rocznica ogłoszenia przez komunistyczną PRL niewypłacalności mimowolnie skojarzyła mi się ze skutkami, jakie mogą wywołać ostatnie populistyczne propozycje opozycji, dotyczące np. sztywnych cen na paliwo czy czterodniowego czasu pracy. Patrząc na naszą opozycję tych skojarzeń z epoką „słusznie minioną” mam niestety więcej - uważa dr Piotr Balcerowski, wiceprezes Instytutu Staszica.

- I, co gorsza, dotyczą one nie tylko łamania zasad zdrowego rozsądku w życiu gospodarczym, ale łamania prawa ustawowego i konstytucyjnego, jak chociażby zapowiedzi siłowego wyprowadzania z urzędów najwyższych urzędników, których kadencyjność reguluje konstytucja - dodaje.

Balcerowski przypomina: - Jak to się wszystko skończyło przed ponad trzydziestu laty starsi z nas pamiętają i wspominanie o tych niedoborach, szarzyźnie i ogólnym upokarzającym dziadostwie nie należy do przyjemności. Młodzi siłą rzeczy pamiętać tego nie mogą, ale chyba warto, jeśli chcą wpływać na teraźniejszość, by dobrze zapoznali się z tą niechlubną częścią naszej historii gospodarczej. Bowiem jest to również opowieść o odgórnym i bezrozumnym narzucaniu przedsiębiorstwom sztywnych cen sprzedaży i nieliczeniu się z ich rachunkiem ekonomicznym. Zaproponowane przez Lewicę rozwiązania zawarte w projekcie ustawy dotyczącej cen paliw wpisują się w tę tradycję i skutki jej wprowadzenia byłyby łatwo przewidywalne: rozchwianie polskiego rynku paliwowego i w konsekwencji kaskada destrukcyjnych dla całej polskiej gospodarki zdarzeń.

Według eksperta również dlatego należy odnieść się do tych kilku populistycznych haseł, które stoją za rzekomym ratio tej propozycji, a które w rzeczywistości zdradzają całkowitą nieznajomość rzeczy.

- Po pierwsze, to nie Orlen i Lotos ustalają ceny paliw - kształtują się one na wolnym rynku (w naszej części Europy jest to rynek ARA, porty: Amsterdam - Rotterdam - Antwerpia) - kontynuuje Balcerowski. - Cena jest wypadkową relacji podaży i popytu, powiększoną o czynniki ryzyka. Wszyscy byśmy chcieli, aby te spółki były właścicielami złóż ropy na terenie Polski, ale niestety nie są i być nie mogą z tej prostej przyczyny, iż takich złóż na u nas nie ma. Dlatego wprowadzenie projektu ustawy proponowanej przez Lewicę, regulującej marże hurtowe i detaliczne paliw miałoby liczne implikacje dla rynku paliw, co prawdopodobnie doprowadziłoby do braków paliw na polskich stacjach oraz zapewne do zamknięcia wielu stacji, szczególnie tych niezależnych.

W opinii wiceszefa Instytutu Staszica oznaczałoby to radykalne ograniczenie konkurencyjności i geograficznej dostępności paliw na polskim rynku. - Ujęcie marży handlowej w dokumencie jako różnicy między ceną zakupu surowca, a ceną sprzedaży do detalisty oraz ustanowienie jej maksymalnej wartości sprawi, iż cena hurtowa będzie powiązana z notowaniem ropy, a nie poszczególnych produktów paliwowych. A ponieważ ceny hurtowe paliw nie są ustalane w oparciu o notowania ropy, a przede wszystkim w oparciu o giełdowe notowania gotowych paliw (od rozpoczęcia wojny notowania ropy i paliw znacząco się rozeszły), ustawa doprowadziłaby do sytuacji, w której ceny hurtowe w Polsce byłyby poniżej notowań giełdowych tych paliw. W konsekwencji prowadziłoby to do tego, że import paliw do Polski najprawdopodobniej stałby się nieopłacalny. Ponieważ rafinerie Orlenu i Lotosu są w stanie pokryć jedynie ok. 70% krajowego zapotrzebowania, a reszta uzupełniana jest importem, w szybkim tempie mogłoby zabraknąć ok. 30% paliw w Polsce. Oznaczałoby to bez mała paraliż gospodarki polskiej - zwraca uwagę wiceprezes Instytutu Staszica.

Jego zdaniem przykładem wystąpienia takich niepożądanych zjawisk może być podobna, choć dużo mniej restrykcyjna, ustawa regulująca ceny wprowadzona na Węgrzech. - Wpłynęła ona bardzo negatywnie na rynek paliw, mimo, że zawiera ona m.in. wyłączenia dotyczące transportu ciężarowego i zabezpieczające przed „turystyką paliwową”, czego projekt Lewicy nie uwzględnia. Zatem dużo mniej restrykcyjna ustawa węgierska doprowadziła do redukcji importu gotowych paliw na Węgry (które, podobnie jak Polska, są importerem paliw netto) o 12% w pierwszym kwartale br. i według wstępnych szacunków o ok. 66% w drugim kwartale. I to w sytuacji, w której znaczną część paliw węgierskie spółki sprowadzają z Rosji po preferencyjnych stawkach o których Orlen i Lotos mogą tylko pomarzyć!

- Pomimo o wiele większej elastyczności w punkcie wyjścia, wdrożenie o wiele mniej restrykcyjnej od propozycji Lewicy ustawy spowodowało na Węgrzech m.in. konieczność wprowadzenia limitów na tankowanie tańszego paliwa na największych stacjach do 50 l/dziennie i limitów sięgających nawet 5-10 l/na transakcję na mniejszych stacjach – przypomina ekspert. - A i tak wystąpiły regularne braki poszczególnych paliw na 500-700 stacjach na Węgrzech, czyli na 30-40% wszystkich stacji w kraju. Ale i tak najsmutniejszą konsekwencją wdrażania takich niebezpiecznych i znanych z niechlubnej przeszłości rozwiązań był upadek blisko 100 mniejszych stacji (z 1700 wszystkich na Węgrzech) i to pomimo zastosowania rządowej pomocy m.in. subwencji 20 HUN na litrze przez 3 miesiące (do 1 lipca) za sprzedaż paliwa objętego limitowanymi cenami czy zwolnienia z konieczności zapłaty czynszu (od marca do maja 2022), jeśli stacja znajduje się na gruncie państwowym lub komunalnym.

- Ostatnia nieodpowiedzialna inicjatywa Lewicy wpisuje się nie tylko w tradycje rozwiązań historycznie skompromitowanych na gruncie ekonomicznym, m.in. ignorujących zasadę dochodowości przedsiębiorstwa (co nie jest tożsame z maksymalizacją zysku), ale i „nową świecką tradycję” polskiego populizmu, datowaną od 2015 r. Jej istotę stanowi bezrefleksyjne i totalne krytykowanie każdej inicjatywy rządu („duże lotnisko jest w Berlinie”; „gdyby natura chciała, aby tam (Mierzeja Wiślana) był przekop, to by był” itp. itd.) lub przedstawianie rozwiązań niebezpiecznych dla stabilności polskiej gospodarki i wciąż stabilnego, pomimo zewnętrznych turbulencji jak pandemia czy wojna, dobrobytu Polaków – stwierdza na zakończenie Balcerowski.

Źródło

Skomentuj artykuł: